Zacznę filmikiem.
Sceną z życia.
Może na uruchomionej wyobraźni łatwiej będzie przebrnąć przez notkę.
Wczoraj dokładnie ja wykonałabym tą samą sztuczkę.
Tyle, że nie miałam na uszach słuchawek, nie bawiłam się telefonem, ot weszłam na zielonym.
Karetka za to stwierdziła że zdąży mimo czerwonego.
Bez sygnału. Panowie zapewne mnie nawet nie zauważyli i świetnie się bawili...cóż, gdyby we mnie wjechali, nie zostałoby ze mnie NIC. Gdyby to była starsza kobicina, nie zdążyłaby zrobić uniku. A mnie...mnie coś szarpnęło do tyłu. A może Ktoś a nie coś. Nie miałabym żadnych szans mimo karetki na miejscu...
W takich momentach życie naprawdę przelatuje przed oczami.
Tylko u mnie zamiast podsumowywać co było, pojawiły się inne pytania.
Jak dobrze, że nie odkładam telefonu do rodziców na jutro, bo dziś jestem zmęczona. Juuutro też można...
Jak dobrze, że staram się utrzymywać w miarę ciągły kontakt z bliskimi. że nie ma problemu napisać głupiego i zwyczajnego "cześć", "pozdrawiam", podesłać linka czy odpisać na mejl. W końcu to takie czasochłonne, wymagające i trudne...no a bez weny...Juuutro też można.
Niektórzy wychodzą z założenia, że póki nie będą mogli się pochwalić niewiadomo jakimi osiągnięciami, to też nie ma sensu się odzywać. No bo o czym i po co. Żaden szczyt nie zdobyty, pierścionka na palcu nie ma, tytułu magistra przed nazwiskiem nie ma...to się poczeka, aż będzie.
Więc ja się pytam. A kto Ci powiedział, że cokolwiek będzie? Że jakiekolwiek jutro jest Ci pisane? Naprawdę uważasz się za taki nieśmiertelny cud, co to ma minimum 30 lat przed sobą?
Dlatego smutno mi , kiedy ludzie z którymi próbuje utrzymać kontakt stwierdzają, że jak się odezwą raz na ruski rok, to jest ok. Bo przecież tyle obowiązków, tyle rzeczy się dzieje. Wysłać jedno proste zdanie zajmuje przecież 6 godzin w ciągu doby, prawda?
Z drugiej strony to nie tak, że jestem zaborcza, i każę codziennie wysyłać do siebie raporty.
Ale nie znoszę, kiedy ktoś stałe i dobre relacje przeistacza w relacje 0d wielkiego dzwonu.
Jeśli ludziom zależy, odległość nie jest problemem. Dopóki im zależy. Bo kiedy jednej stronie przestaje, druga próbuje jakoś to nadrabiać za ich dwoje. A potem nagle brak już jej sił, chęci, motywacji. Oczywiście wtedy ta druga sobie przypomina, że może jednak warto...
Może z wiekiem ludzie takie rzeczy widzą wyraźniej, młodzi rzadko o tym myślą...a nawet jeśli mówią, że myślą i są świadomi to chyba nie bardzo. Pamiętam jak byłam mała i kręciłam ze złością, gdy rodzice mówili o tym, że niewiadomo jak będzie w przyszłym miesiącu. Może człowieka już nie będzie. Nie rozumiałam. Każdy chyba sam musi to zrozumieć.
Kto chce, szuka sposobu.
Kto nie chce, ten szuka powodu.
Tak to widzę, tak to uważam.
Nikomu nie każę się ze sobą zgadzać.
Nikomu nic nie każę.
Za to idę zrobić sztuczkę ze znikaniem.
Nie, nie taką jak z filmu. To znaczy podobną, ale bez użycia auta.
Zresztą w tym zawsze byłam dobra. Siedzieć przy kimś, a potem usłyszeć darcie się do ucha, czy ktoś mnie widział. Przejść gdzieś tysiąc razy, zanotować wszystkich ale bez vice versy (to się odmienia w ogóle?).
Więc idę być sobą.
Taki mój talent, taka rola widać.
Bloga zawieszam.
PS Gdy przez 5 lat nie udaje Ci się stworzyć czegoś, co innej osobie udaje się w rok, czujesz, że masz podcięte skrzydła. Ale gdy ta sytuacja się powtarza po kolejnych pięciu latach z inną osobą, to dodatkowo łamie Ci kości i miażdży serce. A w takim przypadku nikt o zdrowych zmysłach lotu nie podjął by się po raz trzeci. To już lepiej wpaść pod tą karetkę.